Przejdź do głównej zawartości

Ignacy Karpowicz - Sońka

Na mojej półce dotychczas stała tylko jedna książka Ignacego Karpowicza (po "Sońce" czuję z tego powodu wstyd), dotąd nie przeczytana. Tą książką jest "Miłość". Bałam się jej, bałam się Autora, bałam górnolotności, poetyckości, majestatycznego języka, który zmiażdży mnie niczym dziadek do orzechów.



A potem przyszła do mnie Sońka. Zburzyła spokój. Wstrząsnęła. Wyjawiła tyle prawdy, tak nieskazitelnie prostej i ludzkiej, a jednocześnie do bólu głębokiej, która, czuję to całą sobą, tkwi niczym zadra gdzieś pomiędzy kolejnymi warstwami naskórka i próbuje wbić się jeszcze głębiej, chcąc zostać ze mną na dłużej. Przeniknąć do krwiobiegu i krążyć, nieustannie przypominając o sobie. 


To boli, ale o wiele większy ból sprawia historia Soni, która mimo, iż jest fikcyjna, zdarzyła się naprawdę i niejednokrotnie. W oceanie wojny, jestem o tym przekonana, pośród napierających zewsząd fal nienawiści, gdzieś tam zdarzały się takie miłości i takie tragedie. 


Płakałam. Ale co z tego, kiedy moje łzy, choćby je zbierano wiadrami, nie obmyją zranionej przeszłości i nie ukoją pozszywanych na okrętkę serc? Mogą jedynie naprawić mnie na chwilę, przypomnieć to co się w życiu liczy i pomoc zadbać o to. 


"Sońka" rozbiła mój dzień. Pewnie nie jeden. Ale dzięki niej już się nie boję. Takie opowieści, ni to baśnie, ni reportaże, ni scenariusze teatralne, a przypominam, że samo życie jest teatrem, otwierają oczy, otwierają serce i otwierają głowę. A potem zagnieżdżają się tam i zmieniają człowieka na lepsze.

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Sara Pennypacker - Pax

Nieczęsto książki wzruszają mnie do łez. Zwłaszcza te z literatury dziecięcej - przedstawiany tam świat powinien być przecież czysty, jasny, prosty, w którym dobro zawsze wygrywa, a bohaterowie, koniec końców, żyją długo i szczęśliwie.  Mniej więcej wiedziałam czego spodziewać się po "Paxie": historii o rozdzielonych przez wojnę chłopcu imieniem Peter i wychowanym przez niego lisie. To nie mogła być tęczowa czytanka, z której co akapit sypią się żarty słowne czy sytuacyjne. Nie byłam jednak przygotowana na taką dawkę smutku jaką mi zaserwowano. Trudno było mi czytać niektóre fragmenty, a kiedy łapałam się na westchnieniu, że teraz już z pewnością gorzej nie będzie, Autorka znów brutalnie udowadniała, jak bardzo się mylę.  Książka jest z pewnością piękną opowieścią o dużym ładunku emocjonalnym, bazującą na świetnie wykonanym researchu w związku z zachowaniem lisów w naturalnym środowisku. Pokazuje siłę przyjaźni, miłości, potęgę nadziei, wytrwałości, oraz uporu w osiąganiu cel...

Marta Krajewska - Wezwijcie moje dzieci

Cieszę się, że na początku znalazł się spis postaci z ich krótką charakterystyką, ponieważ o ile w poprzednich tomach z mnogością bohaterów dość szybko się oswoiłam i przyswoiłam wiedzę: kto, co i z kim? o tyle tutaj miałam już kłopot. Wszystko dlatego, że akcja rozgrywa się kilkanaście lat po wydarzeniach z "Zaszyj oczy wilkom". Jesteśmy na przednówku, Venda jest już dojrzałą kobietą, a przepowiednia wciąż groźnie wisi nad wsią, która też już zdążyła się nieco zmienić. Teraz prym wiodą młodzi, jednak długoletni staż przydał opiekunce niezbędnego wśród ludzi poważania i hardości. I tylko wiedźma spod skały nic się nie zmieniła, aczkolwiek wreszcie zaczęłam do niej żywić pozytywne uczucia.  Znaczna część "Wezwijcie moje dzieci" wydaje się wieść przez w miarę spokojne, dyktowane prawami natury, życie górali. Wydaje się, że wszystko jest w normie, aczkolwiek zwrot "wydaje się" idealnie odzwierciedla magię, jaką zaserwowała Autorka. W pewnym momencie zostałam ...