Na mojej półce dotychczas stała tylko jedna książka Ignacego Karpowicza (po "Sońce" czuję z tego powodu wstyd), dotąd nie przeczytana. Tą książką jest "Miłość". Bałam się jej, bałam się Autora, bałam górnolotności, poetyckości, majestatycznego języka, który zmiażdży mnie niczym dziadek do orzechów.
A potem przyszła do mnie Sońka. Zburzyła spokój. Wstrząsnęła. Wyjawiła tyle prawdy, tak nieskazitelnie prostej i ludzkiej, a jednocześnie do bólu głębokiej, która, czuję to całą sobą, tkwi niczym zadra gdzieś pomiędzy kolejnymi warstwami naskórka i próbuje wbić się jeszcze głębiej, chcąc zostać ze mną na dłużej. Przeniknąć do krwiobiegu i krążyć, nieustannie przypominając o sobie.
To boli, ale o wiele większy ból sprawia historia Soni, która mimo, iż jest fikcyjna, zdarzyła się naprawdę i niejednokrotnie. W oceanie wojny, jestem o tym przekonana, pośród napierających zewsząd fal nienawiści, gdzieś tam zdarzały się takie miłości i takie tragedie.
Płakałam. Ale co z tego, kiedy moje łzy, choćby je zbierano wiadrami, nie obmyją zranionej przeszłości i nie ukoją pozszywanych na okrętkę serc? Mogą jedynie naprawić mnie na chwilę, przypomnieć to co się w życiu liczy i pomoc zadbać o to.
"Sońka" rozbiła mój dzień. Pewnie nie jeden. Ale dzięki niej już się nie boję. Takie opowieści, ni to baśnie, ni reportaże, ni scenariusze teatralne, a przypominam, że samo życie jest teatrem, otwierają oczy, otwierają serce i otwierają głowę. A potem zagnieżdżają się tam i zmieniają człowieka na lepsze.

Komentarze
Prześlij komentarz