Żeby książka była dobra, nie musi ważyć wiele, nie musi być opasłym tomiszczem, ani historią ubraną w piękną dopracowaną w detalach okładką, posiadać blurba autorstwa popularnego pisarza ani nawet wielkiego wydawcy. Jednak aby była dobra, nie może mieć też błędów językowych czy stylistycznych. Nie może powodować, że czytelnik czuje się oszukany, wręcz wykorzystany, a jego czas spędzony niezupełnie na takim poziomie rozrywki, jakiego oczekiwał.
Takie odczucia targają mną po przeczytaniu "Obozu jeździeckiego dla dorosłych", ponieważ ze względu na fatalną pracę korektorską i redakcyjną trudno było mi czerpać przyjemność z fabuły. Aż dziw bierze, że pracowały nad tą książką dwie korektorki i dopuściły się takiego zaniedbania. Rozumiem, że błędy, niedopatrzenia zdarzają się każdemu, jednak tutaj było ich zdecydowanie za dużo i kłuły w oczy, przez co przebicie się przez tę opowieść zajęło mi zdecydowanie za dużo czasu. Ponadto książka została wydrukowana dosyć sporym fontem, co miało na celu zapewne sztuczne rozepchanie powieści, a pozostawiło nieprzyjemne wrażenie bycia adresowaną do czytelnika zdecydowanie młodszego.
Fabuła. Julia jest nieszczęśliwą mężatką, która wyjeżdża na dwutygodniowy obóz jeździecki, by podszlifować swoje umiejętności. Na miejscu poznaje przystojnego Marka, instruktora sprawiającego pieczę nad całą imprezą. Szybko wpadają sobie w oko, choć dziewczyna walczy z rozumem podpowiadającym, że w Warszawie czeka na nią mąż, i nierozsądnym jest wdawać się w romans. Julka musi więc podjąć decyzję: poddać się uczuciom czy zachować lojalność wobec małżonka?
Drażniło mnie kilka kwestii.
Po pierwsze: główna bohaterka narzeka mocno na warunki panujące na obozie, jednak czy kupując turnus nie została o nich poinformowana przez organizatora? Albo czy nie mogła się na nie przygotować mentalnie wiedząc, że jest to oferta najtańsza z możliwych?
Po drugie: nierzeczywisty bohater męski. Przystojny, dobrze zbudowany, troskliwy, seksowny, zabawny, towarzyski, wykształcony, bogaty, weterynarz, kucharz, instruktor i przedsiębiorca w jednym. Chodzący ideał. Ale to romans, więc przymknę oko - tu wszystko się może zdarzyć. Nawet książę z bajki.
Po trzecie: wszechobecny seks. Czasem zastanawiałam się czy to obóz jeździecki czy zorganizowana dwutygodniowa orgia. No i bierność głównej bohaterki, która widząc kopulującą parę woli się chować w krzakach, by im nie przeszkadzać, by jej nie zauważyli, by ich nie zdekoncentrować, zamiast po prostu się oddalić.
Po czwarte: zakończenie. To jest bomba, której nie spodziewa się absolutnie nikt. Mam wrażenie, że Autorka wymyśliła je naprędce, aby jakoś móc zakończyć opowieść. To dosłownie jedna strona wyjaśniającą wszystko, a jednocześnie potraktowana w taki sposób, jakby wydawca stał nad głową piszącej z upiornym deadlinem żądając, by wreszcie oddała tekst do druku.
W ogóle wszystko jest tu szybkie, ogromne (polecam Autorce słownik synonimów), potraktowane po macoszemu. Czytelnik nie ma możliwości rozsmakować się w tej historii. Gdyby nieco ją dopracować, rozciągnąć, zadbać o bohaterów drugoplanowych oraz rozwinąć wątki poboczne, wyszłaby z tego całkiem niezła opowieść. Tymczasem jedyne z czym mi się ona kojarzy to praca licealistki.
Całość ratowały jedynie konie. W tej kwestii nie mam wątpliwości, że Autorka wiedziała o czym i jak chce napisać. Przedstawienie charakteru tych zwierząt, opieki nad nimi zostało pokazane w sposób naturalny, niewymuszony, dzięki czemu dawało przyjemność z ich poznawania.
Nie wiem jak wyglądają pozostałe książki pani Pragłowskiej (bo ta wbrew pozorom nie jest pierwszą), jednak mam nadzieję, że stoją co najmniej poziom wyżej, zwłaszcza pod kątem technicznym. W przeciwnym razie trudno mi zrozumieć przychylność wydawcy do ich rozpowszechniania.
Książkę przeczytałam w ramach booktoura organizowanego przez @tajemniczy.swiat.ksiazek


Komentarze
Prześlij komentarz