Różę Krull można by przyrównać do panny Marple gdyby nie fakt, że: jest młodsza, stale wpada w kłopoty, ma umysł ostry jak brzytwa (no dobrze, tylko w porywach), byłego agenta z zamiłowaniem do sarkastycznych komplementów, no i, eufemistycznie rzecz ujmując, widać po niej, że lubi zjeść.
Ale: gdzie Róża tam i zbrodnia. Pisarka nie może nawet spokojnie wyjechać na Boże Narodzenie na Podlasie, by znów nie wdać się w śledztwo w sprawie zagadkowej zbrodni. Czy aby na pewno było to jednak morderstwo?
W starym opuszczonym dworku, gdzie znaleziono zwłoki miejscowego kustosza, podobno straszy Biała Dama. We wsi natychmiast robi się duszno od plotek, a na dodatek wszystko wskazuje na to, że wiele wspólnego ma z tą sprawą pewna przesympatyczna świnka.
Całość czyta się jak zawsze szybko i przyjemnie. Przy historii Manueli Konopki dosłownie płakałam ze śmiechu i serdecznie za to dziękuję, bo w tamtej chwili bardzo tego potrzebowałam! Nie mogło też zabraknąć smaczku, którego niemal wypatruję w każdej książce Autora: wspomnienia o Remigiusza Mrozie. Nie zawiodłam się, był: "Żul, Krull, Mróz, Świst, kto by tam was wszystkich spamiętał!" Te imiona bohaterów, gagi, porównania, humor, dialogi... Cudowna zabawa!

Komentarze
Prześlij komentarz