Żyły sobie trzy siostry Terechowiczówny: Amelia, Róża i Klara. Różniły się nieco charakterem, ale dorastały w dobrym domu i na niczym im nie zbywało. Potem nadszedł rok 1914, ojciec poszedł na wojnę, co zdruzgotało matkę, a cały majątek zaczął podupadać. Siostry postanowiły, każda na swój sposób, wspomóc rodzinę i ułożyć sobie życie.
Właściwie główną bohaterką jest tutaj Klara, która uważa, że jako najstarsza ponosi odpowiedzialność za domostwo, blisko jej do feministek i dla brze dogaduje się ze służącą od lat we dworze Ludwiżanką. Swoją drogą, bardzo polubiłam tę postać. A jednak to Amelia wywróciła losy Terechowiczówien decyzją tyleż śmiałą co egoistyczną.
Właściwie nie obdarzyłam sympatią żadnej z dziewcząt, u każdej coś mnie drażniło. Takie panny z dobrego domu, nieco krnąbrne i rozpuszczone. Trochę darły ze sobą koty, ale tak to już jest w rodzeństwie, że kłótnie kłótniami, lecz kiedy przyjdzie trwoga, to trzymają się razem.
Cała opowieść kończy się dość niespodziewanie, jakby ucięta nożem. Szkoda, bo chętnie poczytałabym co dalej? Oczywiście życie ówczesnych ludzi było bardzo nieprzewidywalne, jednak taki zabieg w takim miejscu wywarł na mnie wrażenie braku innego pomysłu na zakończenie. Dalej, choć były to czasy wojenne, wojnę uświadczyć można w książce jedynie epizodycznie. Wojna stanowi bardzo odległe tło. Bardzo podobało mi się natomiast oddanie zwyczajów, mody i mentalności dam początku XX wieku. Na pochwałę zasługuje tez oczywiście okładka w opracowaniu Zuzanny Miśko.

Komentarze
Prześlij komentarz